35 lat na scenie...

Autor: Piotr Sierzputowski, 08.12.2020

Grzegorz GooRoo Tyszkiewicz, fot. Tomasz Goliński
Grzegorz GooRoo Tyszkiewicz, fot. Tomasz Goliński

Cześć GooRoo! Dzięki za wywiad. Jestem bardzo ciekawy Twoich odpowiedzi, bo wiem, że masz wielkie doświadczenie i dużo wiedzy do przekazania. Na początek przedstaw się publiczności :)

Cześć! Nazywam się Grzegorz Tyszkiewicz. Od jakichś 35 lat – od czasu studiów w Wyższej Szkole Morskiej w Gdyni „przykleił” się do mnie pseudonim towarzysko-sceniczny GooRoo (Guru). Obecnie najczęściej występuję jako solista. Od czasu do czasu zapraszam do współpracy muzyka – instrumentalistę „ogrywającego” wykonywane przeze mnie utwory. Sporadycznie też zwołuję projekt muzyczny, który nazwałem „GooRoo Band”. Jest to formacja złożona ze znakomitych, wszechstronnych muzyków Trójmiejskich i nie tylko.

Zdarzało mi się występować z solistami i zespołami z Anglii, Holandii, Danii, Rosji, Ukrainy no i oczywiście z Polski: Stare Dzwony, Cztery Refy, The Pioruners i in. Wszystko to podczas festiwali folkowych i szantowych w kraju i zagranicą. Zdarzyło się też, że z zespołem Packet, podczas letniej imprezy wystąpiliśmy z panem Markiem Grechutą, a kiedy indziej, z zespołem Smugglers – supportowaliśmy „Piaska”. Aha! Na początku mojej szantowej kariery z zespołem Krewni i Znajomi Królika wzięliśmy udział w nagraniu programu dla Gdańskiej TVP z zespołem Wały Jagiellońskie.

W ramach mojej działalności scenicznej wziąłem udział w nagraniu kasety/płyty „Fregata z Packet Line” z zespołem Packet, 2 płyt z zespołem Smugglers: Smugglers" i "Still Smuggling!", oraz wydałem 2 własne płyty z towarzyszeniem GooRoo Band: "TO MI GRA" i "Historia 4 (szantowych) Akordów". Obecnie przygotowuję się do nagrania następnej własnej płyty.

Muzyka w formie gry na instrumencie oraz śpiewu jest ze mną od 6 roku życia. Realizując ambicje mojego Ojca, rozpocząłem naukę gry na akordeonie w Społecznym Ognisku Muzycznym w Bartoszycach. Kontynuowałem ją w Olsztynie. W wieku 13 lat, będąc pod silnym wpływem brzdąkających starszych kolegów, zdjąłem z szafy zakurzoną, 7-strunową radziecką gitarę”, zdjąłem 1 strunę, nastroiłem na strój hiszpański, zacząłem „dłubać” akordy i tak to trwa do dzisiaj.

Praca muzyka jest na pewno przyjemna, ale też nie należy do najłatwiejszych… Przede wszystkim trzeba się nauczyć grać, stworzyć muzykę, nagrać ją, zorganizować jej publikację i promocję, poradzić sobie z własnym lenistwem… Jakie są Twoje najlepsze cechy charakteru, które pozwoliły Ci przez to wszystko przejść?

Muzyka jest moją pasją. A na nią – nie ma rady!!! Akordeon wcześniej wspomniany był porażką. Wolałem ganiać z kolegami po podwórku, niż ćwiczyć i chodzić na zajęcia do ogniska. Wtedy kompletnie nie miałem motywacji do pracy, tj. do ćwiczenia. Nie czułem pasji. Po latach przyznaję, że te lata nie były jednak stracone, ponieważ nauczyłem się czytania nut, jako takiego grania z nut, podstaw teorii muzyki, harmonii, rytmiki. To bardzo, ale to bardzo się przydaje w muzykowaniu: poszerza horyzonty, daje narzędzia, nazywa to, co już zbadane i nazwane, uwalnia od wyważania otwartych drzwi, kształtuje. Kiedy miałem 13 lat eksplodowała we mnie PASJA! Do nauki gry na gitarze, śpiewania. I ona była siłą napędową moich działań. Myślę też, że inną cechą, która pomogła mi w rozwijaniu umiejętności jest moja cierpliwość. Chcę przez to powiedzieć, że kiedy trzeba – potrafię być cierpliwy. W tym przypadku byłem i jestem. I bardzo się z tego cieszę.

Kiedy przyszły czasy organizowania prób, koncertów, nagrań, pracy w zespole, załatwiania studia, wydania płyty odkryłem w sobie determinację i odwagę. Po prostu były sprawy, które trzeba było zrobić I JUŻ!!! Z jednej strony miałem żal do kolegów z zespołu, że nie wspierali mnie w sprawach organizacyjnych, a z drugiej, dzięki temu, że byłem kimś w rodzaju managera zespołu – zyskiwałem doświadczenie w rozmowach, negocjacjach, załatwianiu tego, co trzeba załatwić. I tego – nikt mi nie odbierze.

Wiem, że masz duże doświadczenie jako juror w konkursach amatorskich zespołów. Jakie są Twoim zdaniem największe błędy popełniane przez takich muzyków. Jak Ci muzycy sami sobie przeszkadzają w tym, żeby osiągnąć to, czego chcą?

To jest bardzo dobre pytanie. Wiesz, najważniejszą kategorią, według której oceniam występy wszystkich wykonawców, a więc również tych konkursowych jest ta, którą opisałbym słowami: „wierzę – nie wierzę”. Jeżeli przekaz sceniczny jest wiarygodny, szczery, pobudza moją wrażliwość, jeżeli wykonawca nie opowiada mi w piosenkach jakichś bajek, wydumanych historii, NIE KŁAMIE, jeżeli NIE UDAJE kogoś, kim nie jest – „kupuję go”, wierzę mu. I chyba to jest najważniejsze, co mógłbym poradzić debiutantom, ale i wszystkim pozostałym, którzy występują na scenach. Starać się być WIARYGODNYM!

Wprawiają mnie w stan rozbawienia młodzi ludzie, a szczególnie dziewczyny, którzy (które) z groźnymi, gniewnymi minami wyśpiewują historie o groźnych sztormach pod Hornem lub na północnym Atlantyku i cholernym bosmanie, co biczem chłoszcze im plecy albo o Hiszpanie, którego "pokonaliśmy" w morskiej bitwie. Co ciekawe twierdzę, że MOŻNA przekazać takie treści wiarygodnie. Ale to trzeba „UMIĆ”!.

Tematów i pomysłów na piosenki jest tyle, że wystarczy ich dla wszystkich i do końca świata. Zatem szukajmy swojego miejsca, w którym będziemy sobą. Tak bardzo sobą, że pokochają nas nasi słuchacze…

Jakbyś mógł cofnąć się w czasie i spotkałbyś młodszą wersję siebie, co byś mu (sobie) powiedział (w temacie muzyki i grania)?

Hehe!!!

Na pewno to: „jeżeli wydaje ci się, że ćwiczysz wystarczająco dużo, to ćwicz MĄDRZEJ, lub DWA RAZY WIĘCEJ!!!”.

I to: „szukaj i postaraj się znaleźć mentora, mistrza, nauczyciela, dzięki któremu będziesz mógł rozwijać się szybciej i nie będziesz musiał wyważać otwartych drzwi”.

I to: „weryfikuj swoje umiejętności i poziom występując w konkursach, chodząc na lekcje śpiewu, biorąc udział w warsztatach, zgłaszaj się do castingów”.

I jeszcze to: „jeżeli w zespole są ludzie, którzy „ciągną w dół”, marudzą, narzekają, nie rozwijają się – bądź BEZKOMPROMISOWY! Albo działamy albo WYPIEPRZAĆ! Szkoda czasu na mędzenie i czekanie na cud”.

Jeżeli chodzi o muzyczne aspekty pracy muzyka, jest tutaj dużo różnych rzeczy, które trzeba robić – próby, przygotowania do koncertów, granie koncertów, ćwiczenie utworów, tworzenie muzyki, nagrywanie… Który z tych aspektów jest Twoim ulubionym (łącznie z tymi, których nie wymieniłem)?

Moim najbardziej ulubionym aspektem pracy z muzyką są próby. A konkretnie radość z chwil, kiedy piosenka czy utwór instrumentalny zaczynają „wychodzić”, nabierać kształtu, smaku, żaru, kiedy: „zażera” czy to w warstwie wokalnej, czy instrumentalnej. W takich chwilach wydzielają się we mnie endorfiny i dostaję „kopa” w postaci ekstremalnej przyjemności, satysfakcji. Takich wspaniałych wrażeń doznawałem wielokrotnie. A im bardziej była to podróż w nieznane, im wyższe były umiejętności muzyków, z którymi pracowałem, tym radość była większa.

Na drugim miejscu są występy na żywo, koncerty. Te ich momenty, w których nawiązuję silną, specyficzną relację z publicznością i następuje jedyna w swoim rodzaju wymiana energii, takie wręcz iskrzenie. To wrażenie jest niesamowite. Unosi, pozwala odlecieć… Tego nie można udać, oszukać ani kupić za żadne pieniądze. To jest jak narkotyk. Inna sprawa, że niektórzy płacą za to sporą cenę w obszarze emocji lub zdrowia psychicznego. Ja na przykład po szczególnie udanych występach mam trudności z zaśnięciem. Ale to już zupełnie inna historia…

Grzegorz GooRoo Tyszkiewicz, fot. Tomasz Goliński
Grzegorz GooRoo Tyszkiewicz, fot. Tomasz Goliński

Mówi się, że człowiek uczy się na błędach… i moim zdaniem dobrze się mówi :) Założę się, że ucząc się tego co teraz umiesz, nieraz zdarzało Ci się coś spieprzyć. Czy jest jakaś historia tego typu, którą mógłbyś się z nami podzielić? Czego się dzięki temu nauczyłeś?

2 historie bolą mnie i pieką do dzisiaj. Pierwsza jest o tym, że bardzo zaufałem umiejętnościom swoim własnym oraz kolegów – muzyków i porwałem się na wykonanie premierowej piosenki bez właściwie żadnej próby na pewnym dużym festiwalu. Byłem przekonany, że demo i rozpisana forma utworu pozwoli nam zagrać piosenkę a vista. Niestety tak się nie stało. Zrobiło się mało przyjemnie, kiedy okazało się, że nie wiemy, w którym miejscu utworu jesteśmy. Taka niefajna rzeźba w gównie… Ta przygoda mnie nauczyła raz na zawsze, że bez próby – NIE MA OPCJI!!!

Druga – granie po alkoholu. Pozwoliłem sobie raz, czy dwa razy w życiu wystąpić po wypiciu większej ilości alkoholu. Mimo, że nie dostałem jakichś krytycznych zwrotów, to czułem się podczas występu i po - OBRZYDLIWIE. Nie trafiałem w dźwięki, bełkotałem. To było żenujące. Dlatego mam zasadę, której staram się nie łamać: alkohol – tak, ale po występie. I to działa. Ps. Kolega doskonały muzyk powiedział mi, że aby wirtuozersko grać po spożyciu alkoholu czy innych zmieniaczach nastroju, trzeba również ćwiczyć po ich zażyciu. Ja tam wolę nie próbować. Zostanę przy dotychczasowej metodzie – ćwiczę i występuję NA TRZEŹWO!!!

Jak się publikuje swoją muzykę, albo gra koncerty… albo gra w ogóle - często można się spotkać ze złośliwymi i głupimi uwagami ze strony innych ludzi. Gdybyśmy się tym przejmowali, raczej nikt z nas już by nie grał. Jaki jest Twój pogląd na to zjawisko i jak sobie z nim radzisz?

To jest bardzo bolesny temat. Twierdzę, że osoby tworzące muzykę, piszące teksty, są obdarzone „ponadnormatywną” wrażliwością. To z jednej strony, bo krytyka zaboli dotkliwiej. A z drugiej, jest takie porzekadło, że: „jeszcze się taki nie urodził, co by wszystkim dogodził”. Chcę przez to powiedzieć, że nie zadowolimy wszystkich czyli każdego. Krytyka zazwyczaj boli lub co najmniej sprawia poczucie dyskomfortu. Szczególnie nienawistna, obraźliwa, okrutna. A im kto bardziej wrażliwy – tym boli bardziej. Inaczej jest lub raczej – powinno być z krytyką konstruktywną, która pochodzi z ust autorytetu, mentora. W pewnym momencie wbiłem sobie w samoświadomość taką prawdę: „nie wszyscy muszą kochać czy nawet lubić mnie oraz moje utwory. Mają do tego pełne prawo”. Ponadto mają prawo do krytyki, choć ta – boli. Czasami aż pali… Ja oczywiście też spotkałem się z krytyką moich utworów czy wykonań. Część z nich była anonimowa, zawarta w nie podpisanej korespondencji. Rzecz jasna – zapiekło bardzo. Ale w takich sytuacjach pomaga mi pielęgnowana w głowie „mantra”: „ZAWSZE znajdą się LEPSI od ciebie, ale znajdą się i słabsi. Rób to, co robisz NAJLEPIEJ jak potrafisz. Rób to z miłością, pasją, zaangażowaniem. Odbiorcy to dostrzegą i docenią”. I tak faktycznie jest. Na przeciwległym biegunie frustracji są dobre emocje, pochwały, uwielbienie od fanów, widzów i słuchaczy. A to jest - NIE DO KUPIENIA. I to działa. Przynajmniej w moim przypadku.

Grzegorz GooRoo Tyszkiewicz, fot. Adam Kwiatkowski
Grzegorz GooRoo Tyszkiewicz, fot. Adam Kwiatkowski

Jak dobrze trzeba grać, żeby grać w zespole? Jak dobrze musiałby grać ktoś, kogo przyjąłbyś do swojego zespołu? Co poza muzyką musiałby ten ktoś sobą reprezentować?

Przyznam, że to cholernie trudne pytanie. Albo raczej pytanie jest proste, a odpowiedź trudna. Myślę, że poziom opanowania gry na instrumencie powinien być co najmniej taki, aby bez zastrzeżeń i trudności wypełniać funkcję, którą kandydat ma do spełnienia w zespole. Aby udźwignąć repertuar. Jeżeli nie jest w stanie odtworzyć swojej partii, czy odnaleźć się w gatunku muzyki ze względu na to, że nie jest wystarczająco sprawny technicznie lub harmonicznie, to albo dziękuje za współpracę, albo zaciska poślady i pracuje tak długo i ciężko, aż na luzie – da radę. To – w obszarze muzyki.

Członek zespołu powinien być kreatywny w tworzeniu i aranżowaniu utworów. To sprawia, że muzyka jest oryginalna, zróżnicowana, nowatorska itp. W tej akurat formie twórczości ma to kluczowe znaczenie.

Z mojego doświadczenia w pracy w różnych zespołach wyniosłem to, że dobrze być zakumplowanym z ludźmi z kapeli. To pomaga podczas wyjazdów, tras, noclegów itd. Jest lepiej, milej, w kapeli panuje dobra atmosfera, a to widać na scenie.

Bardzo cenię sobie kolegów, którzy wykazują się inicjatywą, kreatywnością, innymi słowy – popychają projekt muzyczny czy zespół do przodu w różnych aspektach działalności. Na mojej drodze spotkałem takich, którym zależało na rozwoju kapeli i brali czynny udział w załatwianiu grań, marketingu, kreowaniu PR, wyglądu oraz takich, którzy – jak mi się wydawało – mieli wszystko w dupie. Ich zachowanie można by opisać takimi słowami: „zagram swoje dowieziony i odwieziony do domu, skasuję hajs i czekam na telefon w sprawie następnego terminu”. Niestety, tych pierwszych było mniej, niż tych drugich…

Chcę jednak zaznaczyć, że aspekt, o którym mówię powyżej dotyczy muzyków grających w kapeli amatorskiej lub quasi zawodowej. Wynika to z moich wieloletnich, zróżnicowanych doświadczeń. Jestem przekonany, że oczekiwania i role muzyków w zespole zawodowym, związanym kontraktami z wytwórnią płytową i managerem mogą kształtować się zupełnie inaczej.

Mówi się, że żeby grać czy tworzyć muzykę potrzebny jest talent… i jest w tym trochę prawdy, jednak z mojego doświadczenia wynika, że to sformułowanie jest używane głównie w formie wymówki, przez ludzi, którzy po prostu w siebie nie wierzą. Zastanawiam się, czy w Twoim przypadku, jeżeli chodzi o grę na gitarze czy pisanie muzyki, wszystko przychodziło Ci łatwo, czy może były jakieś aspekty, których na początku w ogóle nie rozumiałeś i musiałeś się bardzo napracować, żeby je opanować?

Jestem przekonany, że talent jest w tworzeniu czy odtwarzaniu muzyki – niezbędny. Talentem jest w moim pojęciu posiadanie predyspozycji w postaci poczucia rytmu i słuchu muzycznego. Bez tego nie ma co się męczyć. Kilka razy w moim życiu zostałem poproszony o ocenę czy z tego lub innego młodego człowieka coś może być, czy raczej nie. Za pierwszym razem byłem w szoku słysząc jak bardzo można nie czuć rytmu lub kompletnie nie słyszeć dźwięków w sensie ich powtórzenia głosem lub na instrumencie. Jednak ten, co rozdaje talenty – rozdaje nierówno, a niektórych omija w ogóle.

Wracając do mojej historii, to układałem melodie na miarę moich aktualnych możliwości i umiejętności. Im więcej umiałem, tym więcej mogłem przekazać i poeksperymentować w moich piosenkach. I chyba to mi się udawało i udaje.

Oczywiście mam wiele, wiele do zrobienia w obszarze umiejętności technicznych, rytmicznych, kompozytorskich. Wiem, że efekty przychodzą wraz z ciężką pracą i bardzo się cieszę, że nie stanąłem przed ścianą. Jeszcze nie. Nadal się rozwijam. Choć chciałbym być bardziej pracowity. To taka moja mantra i postanowienie noworoczne.

Uwaga od autora: Poczucie rytmu i słuch muzyczny jest rzeczywiście bardzo przydatny, natomiast nie zgadzam się, że jest on tzw. predyspozycją, tzn. że albo to masz, albo nie. Obie te rzeczy to umiejętności, których można się nauczyć od zera - miałem już wielu uczniów, którzy tak właśnie zaczynali i teraz dobrze sobie radzą.

U nas w Polsce jest bardzo dużo mądrych ludzi. Wszyscy się na wszystkim znają. Jeżeli chodzi o grę w zespole… czy w ogóle działalność muzyczną, można często usłyszeć, że żeby osiągnąć sukces, trzeba grać muzykę, która jest lubiana przez jak największą ilość osób (czyli dostosować swój styl do tego co akurat jest teraz modne). Co Ty o tym sądzisz?

Grzegorz GooRoo Tyszkiewicz, archiwum prywatne
Grzegorz GooRoo Tyszkiewicz, archiwum prywatne

Haha!!! Klasyczne pytanie z kategorii: „MIEĆ, CZY BYĆ?” To zależy od celu, jaki chcę osiągnąć. Jeżeli chcę zarabiać pieniądze z użyciem muzyki, jako narzędzia dogodzenia odbiorcom i potrafię to zrobić – robię. Jeżeli zaś MUZYKA JEST NAJWAŻNIEJSZA – robię swoje - bez kompromisów i oglądania się na skutki. Najlepiej jednak byłoby, gdyby jakimś cudem jedno tak zagrało z drugim, aby wszystkie cele zostały zrealizowane. Czyli robić swoja muzykę i zarabiać ogromne pieniądze. Oraz przy okazji być: młodym, zdrowym, pięknym, szczęśliwym i bogatym!!! Nic mądrzejszego nie potrafię powiedzieć w tej kwestii

Jakie są Twoje muzyczne plany na przyszłość? Planujesz wydać coś nowego?

Jestem przygotowany do nagrania 2 wydawnictw. Jedna z nich, to materiał pozostający w głównym nurcie mojej działalności artystycznej – piosenek związanych z wielką i małą wodą. Płyta będzie zawierała prawie wyłącznie piosenki mojego autorstwa.

Druga płyta, to składanka największych przebojów z repertuaru Marka Grechuty „przełamana” największymi hitami z repertuaru Franka Sinatry. Chcę przez to powiedzieć, że w repertuarze mam piosenki zarówno jednego, jak i drugiego Giganta piosenki.

Ze względu na trudne do przewidzenia skutki pandemii plany od ok. roku przesuwam w czasie. Mam nadzieję, że sytuacja się w końcu unormuje i będę mógł rzucić się w wir pracy producenckiej. Dziękuje za uwagę i życzę młodym adeptom wielkich sukcesów na ich cudownej drodze życia, jaką jest muzyka.

***